Wystarczy wyjąć wtyczkę. Jak długo poradzimy sobie bez prądu?
W językoznawstwie istnieje takie zjawisko jak ewolucja semantyczna. Polega na tym, że z biegiem czasu niektóre wyrazy zmieniają swoje znaczenie w języku. Tak jest np. ze słowem „samodzielność”. Współczesny człowiek jest bowiem samodzielny w sposób drastycznie odmienny od swojego dziadka. Sam otwiera bramę pilotem, płaci zegarkiem, pyta Google jak ugotować kalafiora do miękkości. Tyle, że sednem tej samodzielności nie jest zestaw umiejętności, który pozwoli Ci przetrwać na pustkowiu. Jest nim zasilanie, ładowarka i kabel USB. Gdy bateria na telefonie pokazuje 3 proc. samodzielność się kończy – zaczyna się panika.
Robinson Crusoe miał łatwiej
Państwowy „Poradnik bezpieczeństwa” ostrzega, że dłuższy brak energii może oznaczać problemy z dostępem do wody, ogrzewania, internetu, telefonu czy płatności bezgotówkowych. Zaleca gromadzenie zapasów żywności i pieniędzy. Ponadto nie zaszkodzi posiadać radia na baterie, latarki, powerbanków, a także alternatywnych źródeł ogrzewania.
Jeśli to dla Ciebie problem, to popatrz na sprawę z innej strony. Ta sama administracja wymaga od Ciebie, byś znał wyrywkowo przepisy ustaw i zawsze miał przy sobie komplet potrzebnych dokumentów. Jeśli Ci mówi, byś przy okazji miał też w domu konserwę turystyczną, to co to za kłopot?
Tylko kto taką konserwę będzie umiał otworzyć? A nawet jeśli dobierzesz się do żywności, to co zrobisz, kiedy już ją zjesz? Czy będziesz umiał zdobyć pożywienie i rozpalić ogień, aby poddać surowiznę obróbce termicznej? Jeżeli do Polski wojna przyjdzie jesienią – czy zbudujesz sobie schronienie, by przetrwać zimę? A jeśli to schronienie znajdziesz, np. w opuszczonym budynku, jak się ogrzejesz przy dziesięciostopniowym mrozie?
Robinson Crusoe miał wobec współczesnego człowieka zasadniczą przewagę. Nie był przyzwyczajony do picia kawy z ekspresu i czytania newsów na laptopie. Zanim wyruszył w podróż, która tak bardzo zmieniła jego życie, chodził po ulicach Yorku na piechotę – nie korzystał z ubera.
Kiedy więc już znalazł się na bezludnej wyspie nie miał objawów choroby odstawiennej. Nie szukał rozpaczliwie smartfona, nie czuł spadku nastroju z powodu braku niebieskiego światła. Nie kłopotał się także myśleniem, jak może zasilić własnoręcznie skonstruowane przedmioty, gdyż po prostu w jego czasach nie było elektryczności.
Jednak dramat Robinsona nie polegał na tym, że musiał on zbudować sobie domek i dostosować się do życia na tropikalnej wyspie. Opowieść Dafoe nie jest tak naprawdę o survivalu, tylko o samotności. To także różni jej bohatera od człowieka XXI wieku.
Las zweryfikuje nas wszystkich
Gdy zabraknie prądu, to pierwsza godzina będzie nawet romantyczna. Zapalmy świeczki – to będzie okazja do kolacji z drugą połówką albo świetna atrakcja dla dzieci.
Po trzech godzinach pojawi się lekkie zniecierpliwienie – do tej pory świecił nam smartfon, ale trzeba by go już podładować. Po sześciu godzinach warto zajrzeć do lodówki. Nie zaszkodzi też ręcznik, bo zamrażarka na pewno już zaczęła puszczać lód.
Gdy minie pół doby, zrobi się poważnie. Warto wtedy znaleźć wszystkie baterie w domu i sprawdzić, które jeszcze posłużą. Po dwudziestu czterech godzinach należałoby w końcu coś zrobić. Tylko co? Gdzie ruszyć? Cała wiedza ludzkości nadal pozostaje w internecie, a przecież internetu już nie ma.
Tak często lubimy sobie wyobrażać, że gdy nadejdzie katastrofa, to świetnie sobie poradzimy. A może mały test?
Las jest dostępny non stop, czy jest prąd, czy go nie ma. Warto przetestować kilka rzeczy. Spróbować rozpalić ognisko bez zapalniczki, rozpoznać, która z roślin jest jadalna i przekonać się, czy jej spożycia poważnie się nie rozchorujemy.
To nie jest kwestia tylko umiejętności. Aby żyć w lesie, trzeba codziennie podejmować wysiłek, nieznany już nawet na wsiach, a tym bardziej w miastach. Pralka upierze Ci brudy w godzinę – ale piorąc je nad rzeką spędzisz na tym pół dnia. A zakwasy sprawią, że następnego poranka ciężko będzie Ci podnieść rękę, by podrapać się w czoło.
Niećwiczony mięsień staje się bezużyteczny
Sytuację z cywilizacyjnym uzależnieniem od energii można porównać do biologicznego zjawiska, kiedy to nieużywane mięśnie zanikają. Jest to mechanizm ewolucyjny, który działa logiczne – utrzymywanie tkanek, które na nic się nie przydają jest marnotrawieniem zasobów.
A przecież nawet nie chodzimy już po schodach – wiezie nas winda. Skoro nie trzeba myśleć o pracującej pompie ciepła, kanalizacji, a nawet o obiedzie, to czemu mamy myśleć o chodzeniu?
Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy o jak wielu rzeczach nie myślimy, a które jednak się dzieją. Istnieje cała masa zawodów, które nie są w stanie funkcjonować bez energii. Przecież także autor, piszący te słowa na laptopie – gdyby zabrakło mu prądu, to jedyne co mógłby zrobić, to usiąść i płakać. Bo gdyby nawet wziął kartkę i długopis, to tak sporządzonej treści nijak nie przeniósłby na portal internetowy.
Wojna zaczyna się od ładowarki
Temat robi się poważny, gdy na pierwszy plan wysuwa się wojna. Współczesne prowadzenie konfliktów skupia się na uderzeniu w coś, od czego ludność cywilna jest uzależniona, czyli w infrastrukturę energetyczną.
Wielu osobom energetyka kojarzy się przede wszystkim z rachunkiem, który regularnie otrzymują. Tymczasem jest ona układem nerwowym współczesnego państwa. Gdy działa bez zarzuty, to go nie dostrzegamy, ale kiedy przestanie działać, to szybko odkryjemy, że większość naszej samodzielności była tak naprawdę usługą świadczoną przez kogoś innego.
Postęp technologiczny to jedno. Ale zachowanie pewnego rodzaju odporności także jest wartością.
Obywatel energochłonny
Uzależnienie od energii ma też drugą stronę medalu – tę codzienną, niezwiązaną z ryzykiem sytuacji krytycznej. Chodzi bowiem o to, ile prądu tak naprawdę zużywamy i czy możemy zużywać go mniej.
Chyba nikt nie ma wątpliwości, że szpitale, urzędy, szkoły czy stacje paliw, a także jednostki związane ze służbami i bezpieczeństwem muszą działać w sposób ciągły. A zatem – ciągle pobierać energię. Osoby, które korzystają w swojej pracy z laptopa, smarfona i internetu także będę generowały stałe i niemałe w czasie zużycie.
Czy jednak prąd jest nam potrzebny zawsze i w każdej okoliczności? Naprawdę nie można po pracy wyłączyć komputer, odłożyć telefon i pójść dla odmiany na spacer? Czy tak trudno jest zimą grzać tylko te pomieszczenia, w których przebywamy, a latem zrezygnować z włączania wentylatora?
Istnieje coś takiego jak racjonalne zarządzanie energią. Mieści się w tym również oszczędzanie. Oszczędności nie są dobre dlatego, że sprzedawca energii miej zarobi. Są potrzebne, by nie przeciążać systemu, ale też by do pewnego stopnia ograniczyć emisję CO2.
Skalę zjawiska odzwierciedlają najprostsze obliczenia. Jasna sprawa, to że Pan Kowalski zużyje 4 kWh nie wpłynie na kondycję energetyki. Z tym, że jeśli zrobi to 1 mln takich Kowalskich, to wtedy powstaną 4 GWh oszczędności. Niech to będzie nawet co drugi weekend – w roku wychodzą 104 GWh. W ciągu pięciu lat to 520 GWh.
Nie chodzi o to, aby wracać do balii, furmanki i świeczki. Tylko o to, że nie każda czynność, której nie chce nam się wykonywać od razu wymusza uruchomienie silnika, akumulatora, procesora czy aplikacji.
Jeden procent do końca świata
Oczywiście, w całej mowie o samodzielności współczesnego człowieka hiperbola służy temu, by skłonić do myślenia. W końcu nikt na poważnie nie potraktuje postulatu, byśmy nauczyli się wytwarzać ubrania z liści czy przyzwyczaili do wygód ziemianki w lesie.
Jednak warto zwrócić uwagę na to, że woda nie musi lecieć z kranu cały czas, gdy myjemy ręce. Wodę można odkręcić, zmoczyć dłonie, zakręcić, namydlić dłonie, odkręcić i spłukać, zakręcić. Woda nie będzie lecieć tylko przez 10, może 15 sekund. I znów – jednorazowo to nic nie da. Ale robione za każdym razem, przez 365 dni w roku, w skali całego społeczeństwa – robi ogromną różnicę.
Internet nie zawsze jest potrzebny do przygotowania posiłku. Przepisy można zapamiętać. Jeśli masz potrzebę gotowania wprost z przepisu, to w telefon zerkasz przez chwilę, powiedzmy, że przez minutę. Ale jeśli w tym samym momencie robi to cała Warszawa, to nagle wychodzi ponad 31 110 godzin. To jest przeszło 3 i pół roku.
Największy paradoks współczesności polega na tym, że potrafimy wysłać sondę w kosmos, zbudować reaktor jądrowy i nauczyć AI rozmawiać z człowiekiem. Jednocześnie miliony przedstawicieli tej samej ludzkości, która ma takie osiągnięcia, mogą zostać pokonane przez ciemną klatkę schodową czy niedziałający terminal płatniczy.
Cywilizacja może upaść z hukiem. Ale może też po prostu wyjąć wtyczkę.

Michał Krajniak
Dziennikarz analityczny, który patrzy na energetykę przez pryzmat polityki i gospodarki. Opisuje wyzwania sektora oraz przygląda się postępującym trendom rynkowym.
Dodaj komentarz