„Lewacki wymysł”, „dyktat Brukseli”, „niemiecki spisek”. Tak rozmawiamy o energii - e-magazyny.pl

„Lewacki wymysł”, „dyktat Brukseli”, „niemiecki spisek”. Tak rozmawiamy o energii

Opublikowany: Szacowany czas czytania: 7 minut
Jak przypinamy łatki transformacji energetycznej?
Jak przypinamy łatki transformacji energetycznej?

Mało które przedsięwzięcie w Polsce ostatnich lat doczekało się tylu etykiet co transformacja energetyczna. Wystarczy, że ktoś wspomni o fotowoltaice czy pompie ciepła a rozmowa w ciągu trzydziestu sekund schodzi na zupełnie inny tor: czy to „lewacki wymysł”, „dyktat Brukseli”, „niemiecki spisek na polski przemysł”, czy może „zabawka bogaczy, których stać na panele”. Rzadko kiedy temat inżynieryjny i ekonomiczny obrasta w tak gęstą warstwę etykiet politycznych, że sama rzecz — drut, panel, turbina, licznik — znika pod nimi zupełnie.

Zielona ideologia w przebraniu polityki energetycznej

To najstarsza i najbardziej wytarta z etykiet, niemal odruch warunkowy w polskiej debacie. Wystarczy padnie słowo „transformacja”, a zaraz obok pojawia się podejrzenie, że to nie kwestia energetyki, tylko przemycony pod jej płaszczykiem pakiet ideologiczny — styl życia narzucany od góry, w którym panel słoneczny jest tylko pretekstem, a prawdziwym celem ma być np. zmiana nawyków konsumpcyjnych czy przebudowa hierarchii wartości.

Tymczasem prąd z fotowoltaiki płynie identycznie w gospodarstwie o poglądach lewicowych i konserwatywnych — licznik nie sprawdza światopoglądu właściciela, a rachunek za ogrzewanie przychodzi bez względu na to, na kogo się głosowało w ostatnich wyborach. Co więcej, do grona liderów dekarbonizacji energetyki należą dziś kraje o rządach z zupełnie różnych stron sceny politycznej — konserwatywne rządy inwestują w morską energetykę wiatrową równie chętnie jak liberalne, bo licząc się z cenami surowców, trudno sobie pozwolić na sentymenty.

Największymi inwestorami w OZE są nierzadko koncerny paliwowe, banki i fundusze emerytalne — instytucje, których trudno posądzać o rewolucyjny zapał, a które kierują się przede wszystkim rachunkiem zysków i strat w perspektywie dekad, nie manifestem politycznym.

Bruksela każe, Polska płaci

Druga etykieta buduje wygodną fikcję: gdyby nie Bruksela, Polska grzałaby się węglem jeszcze przez sto lat w błogim spokoju, bez żadnych kosztów i konsekwencji. To narracja atrakcyjna, bo pozwala przenieść cały ciężar trudnej decyzji na zewnętrznego adresata — winny jest zawsze ktoś inny, najlepiej daleko, w Brukseli, a nie warunki geologiczne polskich złóż, ich malejąca opłacalność wydobycia czy globalne trendy cenowe na rynku surowców.

Rzeczywistość jest mniej wygodna: rosnące ceny energii, niepewność dostaw i koszty importu paliw kopalnych to zjawiska, które istniałyby niezależnie od jakiejkolwiek unijnej dyrektywy — Polska importowała węgiel na masową skalę jeszcze zanim ktokolwiek usłyszał o pakiecie klimatycznym, bo krajowe wydobycie od lat nie nadążało za popytem. Regulacje klimatyczne są w gruncie rzeczy odpowiedzią na trend, który i tak by nadszedł — spadające koszty technologii odnawialnych, rosnące koszty paliw kopalnych i presję rynków kapitałowych, które coraz niechętniej finansują aktywa węglowe — a nie jego przyczyną.

Warto też pamiętać, że polskie rządy, niezależnie od opcji politycznej, negocjowały i akceptowały kolejne pakiety klimatyczne przy stole w Brukseli, a nie były ich biernymi ofiarami.

Fanaberia dla tych, których stać

Trzecia etykieta jest o tyle podstępna, że zawiera ziarno prawdy, które później zostaje wyolbrzymione do rangi całej prawdy. Faktycznie, z dopłat do fotowoltaiki czy pomp ciepła najłatwiej skorzystać, mając własny dom i wolną gotówkę na wkład własny — to niezaprzeczalne, a programy dofinansowań rzeczywiście historycznie trafiały częściej do właścicieli domów jednorodzinnych niż do mieszkańców bloków czy najemców.

Problem zaczyna się tam, gdzie z tej obserwacji wyciąga się wniosek, że cała transformacja służy wyłącznie zamożnym, jakby korzyści z tańszej i bardziej stabilnej energii miały omijać wszystkich pozostałych. Pomija się przy tym, że najbardziej dotkliwe skutki wysokich cen energii i uzależnienia od importu paliw ponoszą właśnie gospodarstwa o niższych dochodach — to one wydają na ogrzewanie i prąd największy odsetek swojego budżetu, i to one najboleśniej odczuwają każdą podwyżkę, bez możliwości amortyzowania jej oszczędnościami czy inwestycją we własne źródło energii.

To właśnie te gospodarstwa najbardziej zyskałyby na tańszej, bardziej przewidywalnej energii systemowej — problem leży nie w samej transformacji, tylko w tym, jak sprawiedliwie rozłożone są jej koszty i korzyści w krótkim okresie.

Niemiecka gra pod pretekstem klimatu

Czwarta etykieta jest chyba najbardziej malownicza. Zakłada ona, z pełnym przekonaniem, że cała transformacja energetyczna to w istocie nie polska ani nawet unijna sprawa, tylko starannie zaplanowany projekt niemiecki — sposób na wepchnięcie polskiego rynku w zależność od niemieckich paneli, niemieckich turbin i niemieckiej myśli technologicznej, przy okazji osłabiający konkurencyjność polskiego przemysłu ciężkiego wobec zachodniego sąsiada.

Pożywką dla tej narracji bywa niemiecka Energiewende, przywoływana jako dowód, że to właśnie Berlin dyktuje tempo i kierunek europejskiej polityki klimatycznej, a pozostałe kraje mają jedynie dostosować się do już podjętych tam decyzji. To narracja, która ma tę przewagę nad innymi, że łączy w sobie i podejrzenie geopolityczne, i historyczną nieufność, więc trafia do wyobraźni z podwójną siłą — łatwiej uwierzyć w celowe działanie sąsiada niż w bezosobowe mechanizmy rynkowe. Warto jednak zauważyć, że sami Niemcy prowadzą równie zażarte spory o tempo i koszty własnej transformacji, łącznie z debatą o cenach energii dla przemysłu i opóźnieniach w rozbudowie sieci przesyłowych, a firmy z tamtego rynku traktują polskich odbiorców tak samo instrumentalnie, jak każdy inny dostawca technologii traktuje każdy inny rynek zbytu — nie ma tu spisku, jest zwykła logika biznesu, którą równie dobrze można by przypisać dostawcom z Chin, Danii czy Stanów Zjednoczonych.

Suwerenność na chińskim kablu

Piąta etykieta jest o tyle nieprzyjemna, że trudno ją zbyć jednym zdaniem — bo faktycznie trafia w słaby punkt. Argument o „niezależności energetycznej” traci sporo blasku, gdy zestawić go z prostym faktem: zdecydowana większość paneli fotowoltaicznych, ogniw i magazynów energii instalowanych dziś w Polsce i Europie pochodzi z Chin, gdzie skoncentrowana jest produkcja polikrzemu, ogniw i modułów na skalę, której Europa nie jest w stanie dziś odtworzyć.

Zamiana zależności od rosyjskiego gazu czy importowanego węgla na zależność od chińskich łańcuchów dostaw komponentów i surowców krytycznych — litu, kobaltu, pierwiastków ziem rzadkich — nie jest więc żadną iluzją, tylko realnym ryzykiem strategicznym, o którym otwarcie mówią dziś zarówno instytucje unijne, jak i rządy państw członkowskich. Różnica polega jednak na charakterze tej zależności: gaz i węgiel trzeba sprowadzać w sposób ciągły, rok po roku, żeby system w ogóle działał, podczas gdy panel czy turbina, raz zainstalowane, produkują energię przez dwadzieścia–trzydzieści lat bez potrzeby stałych dostaw z zagranicy — zależność przesuwa się więc z etapu eksploatacji na etap inwestycji, co nie czyni jej nieszkodliwą, ale czyni ją inną i możliwą do ograniczenia poprzez rozwój własnej produkcji baterii, recykling surowców czy dywersyfikację dostawców, a nie poprzez odrzucenie samej transformacji.

Co zostaje, gdy zdejmiemy łatki?

Gdy odrzucić te etykiety, zostaje pytanie znacznie mniej efektowne, ale znacznie ważniejsze: jak zbudować system energetyczny, który jest tańszy w utrzymaniu, mniej zależny od importu i bardziej odporny na skoki cen surowców. To pytanie inżynieryjne i ekonomiczne, a nie ideologiczne — i chyba właśnie dlatego tak trudno się wokół niego zjednoczyć. O konkretach dyskutuje się trudniej niż o etykietach. Spór o kierunek sieci przesyłowej wymaga wiedzy technicznej, spór o „lewacki wymysł” wystarczy rozstrzygnąć jednym zdaniem na portalu społecznościowym.


Jacek Stężowski

Jacek Stężowski

Redaktor naczelny portalu e-magazyny.pl, inżynier ekoenergetyki oraz pasjonat nowych technologii i OZE. Ma doświadczenie praktyczne w projektowaniu systemów PV, przemyśle kolejowym oraz w branży IT. Jako dziennikarz pisał o nowych technologiach dla takich portali jak MamStartup.pl czy NowyMarketing.pl.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Powiązane artykuły

Ulga termomodernizacyjna może sprawić, że otrzymasz zwrot podatku

Ulga termomodernizacyjna: ile można odzyskać z PIT po wydaniu dziesiątek tysięcy złotych?

Ocieplenie domu, wymiana okien czy inne kwalifikowane prace termomodernizacyjne mogą zmniejszyć nie tylko zużycie energii, ale również PIT. Nie oznacza to jednak, że urząd skarbowy zwróci koszty inwestycji właścicielowi domu. Ulga termomodernizacyjna obniża podstawę opodatkowania, dlatego faktyczna korzyść zależy m.in.…

Opublikowany: Szacowany czas czytania: 4 minuty
Czy AI może dawać ciepło? W sensie serwerowni - jak najbardziej

Zadajesz pytanie AI, a serwer grzeje. To ciepło może ogrzać polskie domy

Sztuczna inteligencja codziennie przechodzi trud odpowiedzi na rozmaite pytania, typu „jak uratować zwarzony majonez”. Dla użytkownika może to wyglądać jak rozmowa z internetowym przyjacielem. W rzeczywistości w centrum danych procesory zabierają się do pracy. Praca ta generuje m.in. ciepło. Czyli…

Opublikowany: Szacowany czas czytania: 5 minut
Zmień zgody