Dr hab. Grzegorz Tchorek, prof. IEN-PIB: Transformacja energetyczna w Polsce realnie postępuje, ale nie ma jednego spójnego planu
O strategicznych dylematach transformacji energetycznej w Polsce, roli Unii Europejskiej w kształtowaniu jej tempa oraz o tym, które technologie — od magazynów energii i biometanu po wodór i energetykę jądrową — mogą realnie wzmocnić polski miks energetyczny, rozmawiamy z dr. hab. Grzegorzem Tchorkiem, prof. IEN-PIB, Zastępcą Dyrektora Instytutu Energetyki – Państwowego Instytutu Badawczego, adiunktem na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.
Grzegorz Tchorek będzie jednym z prelegentów IV edycji konferencji „Transformacja energetyczna – Nowe technologie i wyzwania biznesu”, która odbędzie się w hotelu DoubleTree by Hilton Hotel & Conference Centre w Warszawie w dniach 28-29 kwietnia 2026 r.
Czy w Twojej ocenie transformacja energetyczna w Polsce przebiega dziś w sposób strategiczny i długofalowy — jako proces przemyślany — czy nadal jest raczej zbiorem reakcji na bieżące kryzysy: geopolityczne, cenowe i regulacyjne?
To bardzo dobre pytanie. Gdybym miał odpowiedzieć szczerze, powiedziałbym tak: jeśli uznajemy, że jesteśmy pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej i że jesteśmy zobowiązani do respektowania unijnych regulacji, to analizę trzeba rozpocząć od poziomu europejskiego. A tam transformacja energetyczna również nie przebiega w sposób w pełni dobrze zaplanowany i przemyślany. Poszczególne koncepcje i fragmenty polityk mają swoje wzloty – często bardzo ambitne – po których następują rozciągnięte w czasie korekty. Niestety ma to swoje reperkusje także w Polsce. Dodatkowo otoczenie zewnętrzne podlega bardzo dynamicznym zmianom, generując niepewność i liczne tzw. „czarne łabędzie”.
Zmienność widać choćby w zmieniającym się podejściu do poszczególnych technologii – gazu czy wodoru. Na wielu frontach mamy do czynienia z pewną sinusoidą: najpierw pojawia się entuzjazm, później następuje wyhamowanie, a następnie urealnienie oczekiwań. W tym sensie zarówno na poziomie unijnym, jak i krajowym działamy raczej reaktywnie zamiast proaktywnie — odpowiadamy na zdarzenia, zamiast je wyprzedzać i kształtować.
Na poziomie krajowym również trudno mówić o pełnej ciągłości i spójności myślenia o transformacji. Nie znaczy to jednak, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie — dzieje się dużo. Czasem bywa nawet tak, że brak jednego, sztywnego, publicznego planu nie musi automatycznie oznaczać całkowitego paraliżu. Polska przez ostatnie 30 lat zmieniła się przecież ogromnie, mimo wielu niespójności, nieefektywności i problemów administracyjnych, które nam towarzyszyły.
Nie demonizowałbym więc samego braku jednej zwartej strategii. Oczywiście dobrze byłoby mieć większą ciągłość między kolejnymi ekipami politycznymi i lepsze uporządkowanie działań, ale z drugiej strony transformacja musi uwzględniać elastyczne dostosowania. Polski miks energetyczny w ostatnich latach zmienia się dynamicznie: spada udział węgla, przeszliśmy ogromną zmianę w zakresie kierunków dostaw gazu, zwiększyliśmy bezpieczeństwo energetyczne, pojawiło się bardzo dużo lokalnego, rozproszonego, opartego na prosumencie OZE.
Powiedziałbym więc tak: w Polsce nie ma dziś w pełni spójnego i konsekwentnie realizowanego planu transformacji, ale jednocześnie praca na wielu frontach realnie postępuje i dotyczy wielu różnorodnych aktorów, interesariuszy i obszarów, przez co koordynacja jest utrudniona. Gdybym miał wystawić ocenę, dałbym Polsce mocną czwórkę. To nie jest wynik idealny, jednak względnie dobry.
Uparłbym się natomiast, że powinniśmy mieć co najmniej mapę drogową, a najlepiej spójną strategię w obszarze dekarbonizacji przemysłu, który – nie tylko w Polsce ale we współczesnym świecie – odgrywa ogromną rolę: jest źródłem rozwoju technologii, innowacji nadwyżek handlowych oraz stanowi podstawę rozwoju innych sektorów. Biorąc pod uwagę zasadę Pareto, zintensyfikowanie działań i starań na przemyśle oraz rozsądnej ścieżce jego dekarbonizacji ułatwiłoby działania i Polsce i w UE.
Kiedy mówisz o tym, jak wiele zmieniło się przez ostatnie 30 lat mimo niespójności „na górze”, pojawia się pytanie, czy może właśnie jako społeczeństwo potrafimy działać skutecznie oddolnie nawet wtedy, gdy na poziomie instytucjonalnym panuje nieporządek.
Coś w tym jest. Źródła polskiego sukcesu ostatnich dekad są co najmniej dwa.
Po pierwsze — Unia Europejska. Możemy dziś narzekać na zbyt ambitne cele klimatyczne, jednak dla kraju, który startował z bardzo niskiego poziomu rozwoju ekonomicznego i instytucjonalnego, integracja z UE była ogromnym impulsem cywilizacyjnym. Pomogła uporządkować wiele obszarów funkcjonowania państwa, przyciągnąć kapitał i inwestycje oraz wzmocnić instytucje.
Po drugie — polski obywatel. W Polsce nadal jest bardzo silna gotowość do pracy, rozwoju i nadrabiania dystansu. Widzę to choćby w edukacji – na studiach podyplomowych czy zajęciach weekendowych. U nas ludzie naprawdę chcą się rozwijać i konsekwentnie podnoszą swoje kwalifikacje w trybie zaocznym czy wieczorowym, poświęcając swój czas i pośrednio swoich rodzin. W Europie Zachodniej częściej pracuje się po to, by żyć spokojnie. U nas wciąż jest silny głód sukcesu. To stanowi przeciwwagę dla niedoskonałości systemy instytucjonalnego. Jest to zresztą pewien fenomen historyczny. Przez dekady Polacy uczyli się radzić sobie oddolnie, bo „na górze” często nie było wsparcia, a czasami wręcz opresje i ograniczenia zamiast pomocy. I ten odruch konspiracyjnego działania mimo wszystko wciąż jest w nas obecny.
Spójrzmy szerzej, poza Unię Europejską. Czy zmiany płynące zza oceanu — zwłaszcza wpływ Donalda Trumpa na politykę klimatyczną — są dziś przeceniane, czy rzeczywiście mogą realnie hamować transformację energetyczną w skali globalnej?
„Czy Donald Trump zatrzyma globalną transformację? Nie sądzę. W transformacji rozumianej jako rozwój OZE tkwi bardzo silny komponent niezależności i autonomii (…)”
Myślę, że druga prezydentura Donalda Trumpa zbiegła się z pewną naturalną korektą myślenia o transformacji energetycznej w skali globalnej. Politycznie trafił on w moment, w którym coraz wyraźniej widać było słabości zbyt ambitnie projektowanej transformacji, zwłaszcza w Europie. W tym sensie bardzo skutecznie wykorzystał istniejące napięcia.
Obserwatorzy procesów transformacji wskazują dziś na świecie dwa duże trendy. Z jednej strony Stany Zjednoczone próbują jeszcze mocniej wejść na rynki węglowodorów (ropy i gazu) wykorzystując obecną sytuację geopolityczną. Z drugiej strony mamy świat elektryfikacji, szczególnie silnie postulowany w UE i Azji, zwłaszcza w Chinach. Co jednak istotne, Chińczycy znacznie bardziej pragmatycznie łączą oba podejścia: i molekuły i elektrony służą tam po prostu gospodarce.
Europa była bardziej skłonna do podejścia ideologicznego, co przesłoniło ryzyka, które np. zaistniały po przedwczesnym wygaszeniu energetyki jądrowej w Niemczech i wymuszone przez agresję Rosji na Ukrainę odejście od taniego gazu. Choć trzeba przyznać, że przy tak dużej skali uzależnienia od importu surowców, trudno było obrać inny kierunek.
Czy Donald Trump zatrzyma globalną transformację? Nie sądzę. W transformacji rozumianej jako rozwój OZE tkwi bardzo silny komponent niezależności i autonomii. Oczywiście pozostają kwestie surowców krytycznych czy dostępu do technologii, ale kiedy technologia trafi już do użytkownika, daje większą niezależność niż nieustanny import paliw kopalnych. Baryłkę ropy spalamy i musimy kupić następną. W przypadku technologii energetycznych – takich jak bateria elektrochemiczne czy nawet panele PV – logika jest inna, ponieważ to co krytyczne można w dużej skali odzyskać dzięki recyklingowi.
Powiedziałbym więc tak: Amerykanie będą chcieli maksymalnie wykorzystać obecny moment, aby wzmocnić swoją pozycję w świecie węglowodorów, choć przecież nie odejdą od efektywnych technologii nisko- i zeroemisyjnych takich jak energetyka jądrowa. Długookresowy trend będzie jednak sprzyjał elektryfikacji.
Nie oznacza to jednak, że wygra wyłącznie jedna strona. W praktyce trzeba będzie pragmatycznie korzystać i z elektronów i z molekuł. Tak jak w ekonomii: aby skutecznie zarządzać gospodarką raz trzeba być bardziej keynesistą a kiedy indziej monetarystą.

Jak w takim razie powinna dziś zachować się Unia Europejska? Czy powinna podtrzymywać ambitne cele klimatyczne w dotychczasowej formie, czy raczej skorygować kurs?
Co do możliwości szybkiego urealnienia celów, jestem raczej pesymistą, gdyż instytucjonalna inercja w Unii jest bardzo silna (…)
Obawiam się, że Unia Europejska nadal zbyt mocno trzyma się scenariusza twardej, bardzo ambitnej transformacji. A jest to podejście bardzo ryzykowne. Potrzebne byłoby urealnienie celów i lepsze dostosowanie ich do warunków gospodarczych oraz geopolitycznych.
Dziś widzimy przecież, że przemysł energochłonny z Europy odpływa. W wielu obszarach sami rozmontowujemy własne łańcuchy dostaw. Dotyczy to również przemysłu chemicznego, który ma znaczenie nie tylko gospodarcze, ale także strategiczne – choćby dla sektora żywnościowego i obronnego. Jeśli polityka klimatyczna prowadzi do utraty takich kompetencji, to trzeba zadać sobie pytanie o granice i tempo zmian. Mówimy choćby o local content i produkcji stali na rzecz uzbrojenia. Można zadać pytanie gdzie będziemy ten content lokować jeśli nie będzie przemysłu? Idąc dalej, jak będziemy produkować stal jak ucieknie nam przemysł hutniczy? Jak utrzymamy przemysł chemiczny i nawozowy skoro wszystko wskazuje, że będziemy importować nie tylko szary amoniak, ale docelowo prawdopodobnie również nawozy? Pytania można by mnożyć.
Moim zdaniem Unia powinna „zdjąć nogę z gazu” – i mówię to metaforycznie. Cele powinny być bardziej realistyczne, rozłożone na dłuższy okres i bardziej zróżnicowane regionalnie. Dla przykładu Grecja, Hiszpania, Portugalia czy nawet kraje północy o lepszych warunkach wietrznych mogą szybciej rozwijać OZE, bo mają inne warunki naturalne. Europa Środkowo-Wschodnia powinna mieć więcej czasu na odchodzenie od węglowodorów, choćby z tego powodu że świeżo zbudowała i buduje infrastrukturę gazową. Nie da się prowadzić jednej polityki dla wszystkich krajów według jednej linijki. Podejście one – size fits all było już wielokrotnie źródłem problemów w UE, w tym o mało nie przewróciło strefy euro w latach 2011-2012. Gdyby nie odważne działania Mario Draghiego jako szefa EBC, najpewniej kondycja euro jako drugiej waluty świata wyglądałaby gorzej lub by jej nie było wcale. Nomen omen – raport wykonany w 2024 pod kierownictwem Draghiego niewiele nowego powiedział o konkurencyjności UE w stosunku do tego, co wiedzieliśmy już na etapie wprowadzania wspólnej waluty w 2002 roku, czy diagnozując źródła dużego kryzysu finansowego w latach 2008+. Źródła problemów są podobne: nieelastyczne rynki dóbr, usług oraz pracy, wysoki poziom biurokracji, niedostateczna innowacyjność, niski dynamizm przedsiębiorczości, etc. Przez lata niewiele się zmieniło – poza tym, że pojawił się nowy bardzo duży problem: wysokie koszty energii.
Co do możliwości szybkiego urealnienia celów, jestem raczej pesymistą, gdyż instytucjonalna inercja w Unii jest bardzo silna. Ci sami ludzie, którzy formułowali ambitne cele, dziś musieliby przyznać, że wymagają one głębokich korekt, a jest to politycznie trudne. Im dłużej Unia będzie kurczowo trzymała się zbyt ambitnego kursu, tym bardziej będzie rosła społeczna frustracja, tym łatwiej siły populistyczne będą wykorzystywać politykę klimatyczną jako argument przeciwko samej Unii Europejskiej.
Przejdźmy do technologii. Które z nowych rozwiązań mają dziś w Polsce największy potencjał dla wsparcia miksu energetycznego? Mam na myśli m.in. magazyny energii, SMR-y czy wodór.
Trzeba tu rozdzielić dwie kwestie. Jedna to pytanie o technologie, które rzeczywiście będą potrzebne w systemie. Druga dotyczy tego, w których z nich jesteśmy w stanie zbudować realny local content. I tu trzeba uczciwie powiedzieć, że Polska nie ma wielu obszarów, w których może odegrać dużą rolę jako twórca własnych technologii w skali masowej, projektując je, produkując i sprzedając. Wiele z nich zapewnianych jest przez konkurencję, w tym m.in. azjatycką.
Nie zmienia to faktu, że po ponad 30 latach transformacji wiele polskich firm w ciągu jednego pokolenia zbudowało znaczący majątek, know-how, relacje i zasoby, które pozwoliły im wejść do światowej czołówki w różnych sektorach, np. Comarch, Maspex, Selena, Synthos, Inpost czy ZPUE. Nasze duże spółki kontrolowane przez Skarb Państwa, jak ORLEN czy KGHM, również radzą sobie bardzo dobrze, choć przez lata raczej kupowały gotowe rozwiązania z zewnątrz, niż rozwijały je samodzielnie.
Jeżeli chodzi o same technologie to SMR-y pozostają rozwiązaniem odległym. Nawet jeśli powstaną pierwsze jednostki, to energia z nich na początku będzie miała problem z konkurencyjnością. Trzeba jednak przyznać, że mają one też potencjał do dużej utylitarności dzięki modułowości i rozproszeniu. Problem konkurencyjności cen dotyczy także dużego atomu. Im dłużej będzie budowany, tym bardziej może się okazać, że system wokół niego zdąży się już zmienić: pojawi się więcej OZE, więcej magazynów, więcej gazu i więcej elastyczności po stronie popytu. Wtedy ekonomika energii jądrowej może być trudniejsza, a dodatkowo obecne regulacje UE nie sprzyjają jego rozwojowi.
Wodór przeszedł już etap nadmiernego entuzjazmu. Dziś widzimy wyraźne oczyszczenie oczekiwań. Nie oznacza to, że wodór znika — po prostu przestajemy traktować go jako rozwiązanie wszystkich problemów. W części sektorów, zwłaszcza tam, gdzie elektryfikacja jest trudna, wodór może mieć sens. Trzeba jednak pamiętać, że proponowany dziś przez UE wodór RFNBO jest najdroższym z możliwych jego źródeł. Jednym z tańszych może być biometan, wykorzystany w tradycyjnej technologii reformingu parowego.
Dlatego zwróciłbym większą uwagę na biogaz i biometan. To obszar niedoceniany, a jednocześnie bardzo racjonalny. Rozwiązuje problem odpadów, może wspierać lokalne bezpieczeństwo energetyczne i ma duży potencjał praktyczny. Nie chodzi o to, że nagle zastąpi cały gaz ziemny, bo to się nigdzie nie uda, ale nawet umiarkowana skala rozwoju w tym obszarze byłaby bardzo cenna.
Na koniec magazyny energii, zwłaszcza bateryjne. Tu potencjał jest realny i bardzo potrzebny z punktu widzenia systemu elektroenergetycznego.
Czy w kontekście magazynów energii czeka nas w Polsce boom porównywalny z tym, który kilka lat temu obserwowaliśmy w fotowoltaice?
Słowo „boom” zawsze budzi mój niepokój, bo w ekonomii najczęściej oznacza również późniejszy „bust”, czyli korektę, a czasem wręcz załamanie. Lepiej byłoby, gdyby ten segment rozwijał się dynamicznie, ale w sposób zrównoważony. Na pewno czeka nas intensywny wzrost. Pytanie nie brzmi jednak tylko: jak szybko? Znacznie ważniejsze jest to, jaki poziom nasycenia magazynami energii jest docelowo potrzebny w systemie. To prowadzi nas z kolei do kwestii strategii: ile ma być magazynów, ile gazu, ile atomu, ile OZE? Bez takiego uporządkowania poszczególne segmenty mogą zacząć się wzajemnie kanibalizować.
Właśnie tutaj widać, po co potrzebna jest polityka i planowanie. Gdyby rozwój fotowoltaiki został wcześniej lepiej skoordynowany z rozwojem magazynów energii, dziś wiele problemów systemowych byłoby mniejszych. Można było projektować wsparcie w taki sposób, aby wraz z kolejnymi megawatami PV rozwijał się także obowiązkowy lub przynajmniej silnie premiowany komponent magazynowy.
Podsumowując: tak, magazyny energii będą się rozwijały bardzo szybko. Ale znacznie lepiej byłoby, gdyby nie był to niekontrolowany boom, tylko uporządkowany i przemyślany wzrost.
Wspomniałeś o strategii. Jak oceniasz KPEiK jako dokument, który ma porządkować kierunek transformacji?
Historycznie tego typu dokumenty nigdy nie miały w Polsce łatwego życia. Często stawały się bardziej przedmiotem sporów politycznych niż realnym narzędziem długofalowego zarządzania zmianą.
KPEiK w pewnym momencie był mocno związany z bardzo ambitnym, silnie elektryfikacyjnym podejściem do transformacji. Problem polega na tym, że część tych założeń jest po prostu trudna do realizacji przy obecnych kosztach, dostępności technologii, ograniczeniach systemowych i zmianach warunków otoczenia, które stały się istotnym źródłem ryzyka. Ostatecznie dokument został w pewnym stopniu zrównoważony, ale wcześniej sam był już areną sporów politycznych i to osłabiło jego rolę.
Krótko mówiąc: to dokument potrzebny, ale jego skuteczność zależy nie tylko od zapisów, lecz także od tego, czy będzie realistyczny i czy stanie się rzeczywistym punktem odniesienia dla polityki państwa, a nie wyłącznie elementem bieżącego sporu politycznego.
Czy model transformacji oparty w dużej mierze na subsydiach i środkach publicznych — zarówno w Polsce, jak i w Europie — jest do utrzymania w dłuższej perspektywie?
To zależy od dostępności źródeł finansowania, ale niezależnie od tego uważam, że nie jest to model szczególnie efektywny. Subsydia bardzo często psują rynek. W praktyce bywa tak, że gdy pojawia się dotacja, ceny rosną co najmniej o wartość samego wsparcia. Pieniądze nie zawsze trafiają tam, gdzie powinny, a cały system staje się obciążony dodatkowymi formalnościami oraz kosztami administracyjnymi i regulacyjnymi.
Znacznie rozsądniejszy byłby model, w którym wsparcie publiczne ma charakter punktowy, degresywny i stopniowo wygasający. Państwo powinno pomagać tym, którzy jako pierwsi podejmują ryzyko wdrożenia nowych rozwiązań, podczas gdy kolejne etapy powinny już w coraz większym stopniu przejmować rynek i kapitał prywatny. W Europie wciąż bardzo brakuje kapitału wysokiego ryzyka, który byłby gotowy finansować innowacje i ponosić część niepewności.
Dziś niestety często bywa tak, że największymi beneficjentami transformacji nie są firmy, które realnie produkują lub wdrażają nowe rozwiązania, lecz kancelarie prawne i firmy konsultingowe obsługujące kolejne zmiany przepisów, procedury i rozliczenia. To oczywiście też jest część systemu i takie podmioty są potrzebne, ale nie o taki efekt powinno chodzić.
Transformacja musi być finansowana mądrzej: mniej poprzez trwałe uzależnianie od subsydiów, a bardziej poprzez tworzenie warunków, w których inwestycje stają się po prostu opłacalne.

Na koniec, co Twoim zdaniem utrudnia uporządkowaną dyskusję o transformacji?
To samo, co obserwujemy w codziennej dyskusji w wielu innych sprawach – przede wszystkim połączenie silnej polaryzacji z brakiem kultury kompromisu. Zamiast wspólnego szukania najlepszych rozwiązań, strony debaty często okopują się na swoich pozycjach, interpretując dane i fakty przez pryzmat tożsamości, a czasem może i kompleksów, zamiast merytoryki. W takiej atmosferze każda propozycja zmiany staje się elementem sporu, a nie rozmowy o przyszłości.
Dodatkowo brakuje szeroko podzielanej, długofalowej wizji — wspólnego punktu odniesienia, dzięki któremu można byłoby prowadzić dialog o kolejnych krokach. Bez niej debata rozprasza się na fragmenty, każdy mówi o innym wycinku rzeczywistości, a całość traci spójność. W konsekwencji jesteśmy słabsi na arenie międzynarodowej, w tym również w miejscu, gdzie podejmuje się kluczowe dla nas decyzje, czyli w Brukseli.
Jednocześnie dominujące w polityce i gospodarce przywiązanie do krótkoterminowych efektów sprawia, że transformacja traktowana jest głównie jako koszt, a nie jako inwestycja. Uczestnicy debaty skupiają się głównie na tym, co wydarzy się dziś lub jutro, zamiast na tym, co można osiągnąć w perspektywie dekady. W efekcie trudno jest prowadzić uporządkowaną, racjonalną rozmowę o zmianach, które wymagają czasu, strategicznego myślenia i gotowości do ustępstw po obu stronach.
Gry zespołowe nie są najmocniejszą stroną Polaków, ale żeby nie kończyć pesymistycznie – mamy w naszej ponad 30-letniej historii przynajmniej jeden przykład niekwestionowanego sukcesu ponad podziałami politycznymi. Jest to polskie gazownictwo, które zbudowało i rozbudowało gazoport LNG, korytarz bałtycki w postaci Baltic Pipe oraz sieć interkonektorów oraz krajową sieć przesyłową i dystrybucyjną. Bez tych elementów i determinacji wielu ludzi z różnych stron sporu politycznego, którzy przedłożyli interes narodowy ponad swoje własne ego, kryzys energetyczny, który rozpoczął się w 2021 roku byłby znacznie bardziej dotkliwy. Dzięki temu dziś jesteśmy w procesie budowy regionalnego hubu gazowego i możemy cieszyć się większym bezpieczeństwem energetycznym.