Węgiel jest nierentowny, ale za to patriotyczny - e-magazyny.pl

Węgiel jest nierentowny, ale za to patriotyczny

Opublikowany: Szacowany czas czytania: 8 minut
Węgiel jest nierentowny, ale za to patriotyczny
Węgiel jest nierentowny, ale za to patriotyczny

W jednym z odcinków „Kaczora Donalda” Daisy, sądząc że Donald posiadł fortunę, odpowiada ochoczo na jego umizgi. Ale kiedy dowiaduje się, że, sympatyczny skądinąd kaczor, jest bankrutem ,zrywa z nim oburzona. Państwowa kopalnia w podobnej sytuacji nie zostaje odrzucona przez państwo, a staje się filarem bezpieczeństwa. Im głębiej filar zapada się w ziemię, tym bardziej politycy zapewniają, że jest stabilny. Polski węgiel jest obdarzony cudowną właściwością. Otóż kiedy przynosi rzeczywisty zysk, jest surowcem, a kiedy przynosi stratę – staje się wartością.

Święty Graal energetyki konwencjonalnej

Najwyższa Izba Kontroli już kilka lat temu stwierdziła, że kolejne programy restrukturyzacji górnictwa po 1989 r. nie doprowadziły sektora do trwałej rentowności. NIK wyliczyła niską wydajność, wysokie koszty stałe i nieskuteczność następujących po sobie nowelizacji ustaw. Było ich tyle, że trudno to dziś nazwać „restrukturyzacją”. Bardziej pasuje tu określenie „próba reanimacji trupa”.

Reforma górnictwa przypomina inne dzieło sztuki filmowej, a mianowicie serial „Miodowe Lata” i odcinek pt. „Remont”. Karol Krawczyk i Tadzio Norek w asyście prawnika zabierają się za naprawę usterek w łazience. Jak to się kończy? Mniej więcej tak jakby pożar próbować gasić benzyną. Nie inaczej jest z górnictwem.

Skoro zatem nic nie idzie jak należy, jest gorzej niż było, a próby poprawy wyglądają na ewidentne marnowanie czasu i zasobów, to dlaczego wydobycie węgla wciąż ma się u nas dobrze? Ponieważ świętości się nie rusza. Przecież zasoby są nieograniczone, węgiel jest wieczny! I da energetyce konwencjonalnej życie wieczne, niby Święty Graal.

Najlepszy rodzaj odpowiedzialności to brak odpowiedzialności

Powstają strategie, zespoły, porozumienia, harmonogramy, programy dedykowane specjalnie dla Śląska, mapy drogowe i „rozkłady jazdy”. Jedne resorty są powoływane, potem odwoływane, by z kolejnym rządem wrócić pod zmienioną nazwą. Zmieniają się ministrowie, logotypy spółek oraz słupki wykresów. Tylko że pieniędzy wciąż brakuje tak samo.

Oficjalny plan zakłada wygaszanie wydobycia węgla energetycznego do 2049 r. Przecież to jest kupa czasu! Kto wie, czy KO w ogóle będzie jeszcze będzie wtedy istniała – wprawdzie w świecie modna dziś jest gerontokracja, ale trudno wyobrazić sobie 92-letniego Tuska formującego dziesiąty gabinet. PiS już się rozpadło. Konfederacja, Lewica, Razem mogą się skończyć znacznie wcześniej (o Polsce2050 z litości nie warto nawet wspominać). Za 23 lata w polityce może w ogóle nie być już tych, którzy dzisiaj trzymają stery władzy lub te stery pragną wkrótce przejąć. W związku z tym jaki oni mają powód, by się przejmować przyszłością?

Rok 2049 to data doskonała. Nie jest kosmicznie odległa, może spokojnie figurować w dokumentach, ale na tyle daleka, że dokument nie przeszkadza w realizacji bieżącej polityki energetycznej. Dzisiaj każdy może deklarować, że popiera zamknięcie kopalń. Tylko byle po wyborach. I to nie tych najbliższych, tylko po następnych.

Górnik jako zakładnik dyskusji

Ciężka praca górników to nie jest powód do żartów. Zasługuje na szacunek i docenienie – tak po ludzku cudzego wysiłku. Problem w tym, że wraz z postępem pewne zawody, podobnie jak kiedyś falcerzy, znikają z rynku. Nie inaczej będzie z górnikami. Nie jest to wymierzona w nich celowa propaganda, lecz rzetelne przedstawienie nadchodzącego porządku rzeczy. Gdy rynek się zmienia, człowiek roztropny rozważa przebranżowienie. Niestety, zbyt często nad rozumem górę biorą emocje.

To właśnie emocjonalne podejście do tematu likwidacji kopalni sprawia, że górnik stał się zakładnikiem dyskusji o transformacji energetycznej. Cynizm podpowiada, że nie warto szukać rozwiązań systemowych, by pomóc ludziom z tej branży np. w wykorzystaniu ich doświadczenia i umiejętności w innych sektorach gospodarki lub w znalezieniu całkiem innego zawodu. Używa się ich jako żywych tarcz. Zwłaszcza wtedy, gdy zmiany są niewygodne, kosztowne lub kontrowersyjne społecznie.

Co więcej propaganda robi swoje. Górnik często nie zna innego podejścia do pracy, niż to, o którym opowiedzą mu media. Karmią jego przekonanie, że jeśli węgiel zostanie całkowicie usunięty z energetyki, to on nie będzie miał za co nakarmić rodziny, straci mieszkanie i godność osobistą.

Tylko że to nie jest obrona praw pracowniczych. To nie jest wstawianie się za tzw. „prostym człowiekiem”. To nie ma nic wspólnego z lewicowym postulatem powszechnie pracującego społeczeństwa. To jest nic innego jak polityczne górnictwo odkrywkowe – sięganie po głosy z pokładów coraz bardziej niepewnego swego losu elektoratu.

Do tego układu trzeba dopisać jeszcze jednego gracza – związki zawodowe. Sprawa jest szczególnie interesująca, bo górnictwo stworzyło coś w rodzaju własnego parlamentaryzmu. W samej JSW działały na początku 2026 r. 83 zakładowe organizacje związkowe. Rok wcześniej do rozmów spółka zapraszała przedstawicieli 80 związków.

Liczba członkostw potrafi zresztą przekraczać liczbę samych pracowników. Jeden człowiek może bowiem należeć do kilku organizacji jednocześnie. W demokracji nazywamy to pluralizmem. W górnictwie przypomina to system wielopartyjny – wybitnie rozproszony z kartą multisport.

Problem nie polega na tym, że górnicy mają związki. „Rzeczpospolita” wyliczyła, że utrzymanie struktur związkowych w czterech największych spółkach górniczych kosztuje prawie 100 mln zł rocznie. W PGG ok. 240 osób było średnio oddelegowanych do działalności związkowej, a w JSW ponad setka pracowników była zwolniona z normalnego świadczenia pracy właśnie po to, by zintegrować się z związkiem.

Nie są więc to wyłącznie ludzie, którzy rano zjeżdżają kilometr pod ziemię, a po szychcie bronią kolegów przed zarządem. Cześć z nich wykonuje działalność związkową jako podstawowe zajęcie i posiada realną zdolność blokowania decyzji, organizowania protestów oraz wymuszania negocjacji.

To łatwo zauważyć: gdy działa kopalnia, działa także związek zawodowy. Ale gdy blok ma zostać zamknięty, zagrożone nie jest tylko miejsce pracy górnika i jego comiesięczne dochody. Palą się także stołki pod pośladkami tych, którzy żyją z tychże miejsc pracy. A to powoduje, że obrona pracownika nagle i w cudowny sposób zmienia się w obronę własnych czterech liter.

Węgiel brunatny jak polityka

Z polityków został jeszcze Grzegorz, w Parlamencie Europejskim znany także jako Dżordż. Węgiel jest brunaty – na niemiecki można to przetłumaczyć swobodnie jako braun. Cóż za koincydencja, ale jak to pisał Wiesław Myśliwski: „Nie ma czegoś takiego jak przypadek”.

Przychodzi bowiem do nas brodaty wujek z opowieścią (a opowiada pięknie, oj pięknie, aż chce się słuchać dalej!) o węglu, jako o przedwiecznej substancji, z której ulepiono przemysł, nieodległość i prawidłowy porządek świata. A to, że nikt węgla kupować nie chce to wina eurokołchozu.

Niestety, geologia nie czyta manifestów, elektrownie nie pracują na patos, a księgowość, nawet otoczona kordonem skrzydlatej husarii, nadal potrafi odróżnić przychód od straty. Najbardziej jednak osobliwe jest to, że powrót do węgla przedstawiany jest jako bunt przeciw ideologii, choć samo postrzeganie tego surowca przez tę część sceny politycznej samo w sobie jest przecież ideologizowaniem.

Węgiel nie potrzebuje patriotyzmu

Węgiel nie jest ani patriotyczny ani antypatriotyczny. Propolski czy antyeuropejski. To skała osadowa. Zdatna do wydobycia i kalorycznego spalania przez człowieka, do czego naprawdę nie jest potrzebne dorabianie gównianej filozofii.

Tona węgla, to nic innego jak tona węgla. A strata – to strata. Największa krzywda, jaką wyrządzono regionom górniczym to kolejne dziesięciolecia zapewniania, że przyszłość energetyczna Polski kończy się tam, że kończy się również pokład.

Przykład rozmowy społecznej o węglu uwydatnia także coś bardziej ogólnego i poważniejszego nawet od polityki energetycznej. Mianowicie to, że tam, gdzie wszyscy solidarnie powinniśmy pochylać się nad danymi, liczbami i faktami, połowa z nas woli poddać się zgubnym emocjom.

Podobnie dyskutowała szlachta w XVIII wieku. I wiadomo jak to się skończyło.


Michał Krajniak

Michał Krajniak

Dziennikarz analityczny, który patrzy na energetykę przez pryzmat polityki i gospodarki. Opisuje wyzwania sektora oraz przygląda się postępującym trendom rynkowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zmień zgody