Szwecja po wyborach: krucha większość lewicy stawia pod znakiem zapytania przyszłość atomu
Wybory parlamentarne w Szwecji z 13 września 2026 r. przyniosły jeden z najbardziej wyrównanych wyników w historii kraju. O tym, kto będzie rządził, zdecydowała różnica zaledwie około 20 tys. głosów. Polityczna zmiana może mieć jednak znacznie szersze konsekwencje – pod znakiem zapytania staje bowiem przyszłość wartego miliardy dolarów programu rozwoju szwedzkiej energetyki jądrowej.
Wynik na styk
Partia Robotniczo-Socjaldemokratyczna zdobyła 100 mandatów w 349-osobowym Riksdagu, uzyskując niespełna 28 proc. głosów. To jej najsłabszy wynik od 118 lat. Mimo tego socjaldemokraci mogą wrócić do władzy.
Wraz z Partią Lewicy, Partią Centrum i Zielonymi socjaldemokraci tworzą blok liczący 176 posłów – dokładnie tyle, ile potrzeba do uzyskania większości w parlamencie.
Dotychczasowy centroprawicowy obóz premiera Ulfa Kristerssona będzie dysponował 173 mandatami. W jego ramach Umiarkowana Partia Koalicyjna zdobyła 70 miejsc, wyprzedzając Szwedzkich Demokratów z 62 mandatami. Ci ostatni po raz pierwszy od lat znaleźli się dopiero na trzecim miejscu, co można odczytywać jako wyraźne osłabienie poparcia dla szwedzkiej skrajnej prawicy. Najbardziej prawdopodobną kandydatką na nową premier jest liderka socjaldemokratów Magdalena Andersson, która stała już na czele szwedzkiego rządu w latach 2021–2022.
Większość w parlamencie nie oznacza jeszcze stabilnego rządu
Choć arytmetyka parlamentarna sprzyja obozowi lewicowo-centrowemu, stworzenie trwałej koalicji może okazać się znacznie trudniejsze.
Największym problemem jest stanowisko Partii Centrum. Ugrupowanie należy do bloku, który może odsunąć prawicę od władzy, ale jednocześnie zapowiedziało, że nie zamierza wchodzić do rządu ani z centroprawicą, ani wspólnie z Partią Lewicy. Liderka Centrum posunęła się nawet do stwierdzenia, że wolałaby poprzeć przedterminowe wybory, niż dopuścić Lewicę do udziału w rządzie. Sama Magdalena Andersson również nie zadeklarowała, że przedstawiciele Partii Lewicy otrzymają stanowiska ministerialne.
W praktyce Szwecję mogą czekać długie negocjacje, a przyszły rząd może być uzależniony od doraźnych porozumień między partiami lewicy i centrum.
Atom pod znakiem zapytania
Polityczny impas może szczególnie mocno odbić się na sektorze energetycznym. Od 2022 r. rząd Ulfa Kristerssona konsekwentnie stawiał na powrót Szwecji do energetyki jądrowej.
Minister energii Ebba Busch przekonywała, że przy rosnącym zapotrzebowaniu na energię, niestabilności produkcji ze źródeł odnawialnych i nowych zagrożeniach związanych z wojną w Ukrainie Szwecja potrzebuje stabilnego źródła energii. Taką rolę miał odgrywać atom.
Plany odchodzącego rządu były ambitne. Zakładano, że do 2045 r. zapotrzebowanie kraju na energię elektryczną wzrośnie do około 300 TWh rocznie, czyli mniej więcej dwukrotnie względem obecnego poziomu. Znaczną część tego dodatkowego popytu miały pokryć nowe reaktory, w tym małe reaktory modułowe SMR.
Program przewidywał inwestycje sięgające około 38 mld dolarów i budowę czterech elektrowni. Państwo miało wspierać projekty poprzez pożyczki oraz gwarancje cen energii. Od 1 stycznia 2026 r. zniesiono również moratorium na wydobycie uranu, co miało w przyszłości zmniejszyć zależność kraju od importowanego surowca.
Najwięcej kontrowersji budził jednak sposób finansowania inwestycji. Jeżeli ceny energii okazałyby się zbyt niskie, część strat producentów miałby pokrywać budżet państwa. Opozycja oraz organizacje ekologiczne od początku ostrzegały, że oznacza to przeniesienie znacznej części ryzyka z inwestorów na podatników.
Po wyborach właśnie ten model może znaleźć się na celowniku nowych władz. Partia Centrum i Zieloni od lat podchodzą sceptycznie do rozbudowy energetyki jądrowej, znacznie mocniej stawiając na odnawialne źródła energii. Także Partia Lewicy nie należała do zwolenników kosztownego programu atomowego finansowanego przy pomocy państwowych gwarancji.
Jeżeli przyszły rząd Magdaleny Andersson będzie uzależniony od głosów tych ugrupowań, realizacja programu jądrowego w jego obecnej formie może być bardzo trudna.
Dla inwestorów to szczególnie niepokojący scenariusz. Już wcześniej eksperci ostrzegali, że zmiana politycznej większości może doprowadzić do kolejnego przedefiniowania szwedzkiej strategii energetycznej. Teraz takie ryzyko stało się realne.
Szwedzkie decyzje ważne także dla regionu
To, co wydarzy się w Szwecji, ma znaczenie również poza jej granicami. Rozbudowa szwedzkiego atomu była częścią szerszej debaty o bezpieczeństwie energetycznym państw regionu Morza Bałtyckiego, w tym Polski, a także o sposobie realizacji unijnych celów klimatycznych.
Ewentualne spowolnienie programu jądrowego nastąpiłoby przy tym w wyjątkowo trudnym momencie. Europejski rynek energii nadal mierzy się z dużą niepewnością, dodatkowo podsycaną przez napięcia w pobliżu wschodniej granicy Unii Europejskiej oraz zakłócenia w dostawach ropy i gazu.
Jeśli Szwecja ograniczy lub opóźni inwestycje w atom, może to utrudnić długoterminowe planowanie bezpieczeństwa energetycznego w całym regionie Morza Bałtyckiego.
Na razie jednak nic nie jest przesądzone. Ostateczne wyniki wyborów Szwedzka Komisja Wyborcza ma ogłosić około 19–20 września 2026 r. Dopiero potem rozpoczną się właściwe negocjacje dotyczące przyszłego rządu.
Jedno jest pewne: przy przewadze wynoszącej zaledwie trzy mandaty każdy głos będzie miał znaczenie. A wraz z przyszłością rządu rozstrzygać się będzie również przyszłość jednego z najbardziej ambitnych programów energetyki jądrowej w Europie.
Dodaj komentarz