Miasta widma świecą całą noc. Rachunek płacimy wszyscy - e-magazyny.pl

Miasta widma świecą całą noc. Rachunek płacimy wszyscy

Opublikowany: Szacowany czas czytania: 7 minut

O tym, że statek widmo może przepłynąć mglistą nocą koło okrętu pełnego śpiących marynarzy wiemy z popkultury. Tym bardziej dziwi, że nie postrzegamy swoich miejscowości jako miast widm, bo przecież to realne życie. Energia elektryczna jest pobierana przez całą masę urządzeń, obiektów i lokalizacji, mimo że niemal wszyscy śpią. A później rachunek nie tylko energetyczny ale i ekologiczny płacą wszyscy, płacą i płaczą.

„Prześwietlone oczy, prześwietlone neonami łby…”

Jest 3:00 w nocy. Świecą biurowce, sklepy, galerie, banki, parkingi, witryny i logotypy. Ktoś cierpiący na bezsenność mógłby wyjść o tej porze na Aleje Jerozolimskie w Warszawie i popatrzeć na wieżowiec. Gdyby po pustych biurach krzątał się duch, byłby znakomicie widoczny. Tyle, że nawet rybiki już pochowały się w szparach między panelami a listwami, bo mają dość światła z jarzeniówek, a co tu dopiero mówić o zabłąkanej duszy potępieńca?

Już bardziej podobny do zjawy jest manekin, stojący na wystawie sklepu ulicę dalej. Jego też widać świetnie. Najnowsza kolekcja, którą prezentuje jest stylowa, tylko że ten krzyk mody jest podziwiany przez pusty chodnik.

Ale gdybyśmy wzlecieli ponad biurowce i popatrzyli na miasto (nawet nie na to konkretne, tylko w ogóle – na duże miasto w Polsce) z lotu ptaka, to na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że tętni ono życiem. Ba, przecież może być widziane nawet z kosmosu! Tylko że tak naprawdę tym życiem jest prąd.

Podobnie jak czarna magia, która sprawia, że statek widmo płynie.

Halo, czy ktoś tu pracuje?

Jest wiele zawodów nocnych. Stróże porządku, jak policjanci, lekarze dokonujący operacji i przyjmujący pacjentów na SOR-ach, pracownicy stacji benzynowych – to tylko nieliczni przedstawiciele nocnej zmiany. Ale przecież policja, szpital czy stacja pracują także w dzień, tak samo jak wszystkie firmy, instytucje i urzędy otwarte w trybie 8:00-16:00 lub bardzo zbliżonym.

Po dniu pełnym ludzie bardzo już zmęczeni kładą się o 21:00-22:00. Większość zasypia do 23:00, najbardziej wytrwali buszują jeszcze do północy. Ale raczej nie dłużej, bo przecież trzeba o 6:00 wstać.

Między 22:00 a 6:00 rano nie pracuje galeria handlowa zamykana o dziewiątej wieczorem. Biura, których interesanci mogą być przyjmowani maksymalnie do 17:00, także już wtedy nie świadczą żadnych usług. A mimo to światło nadal w nich pracuje, zupełnie jakby zarząd zwoływał nadzwyczajne posiedzenie.

Gdzie jest księgowa, stażystka czy Pan Areczek, który nie może napić się kawusi? Próżno ich szukać, jest tylko ochroniarz. Ale prócz niego, na tym piętrze jest dwieście pustych krzeseł. Być może sprawiły to braki w wykształceniu, jednak nic mi nie wiadomo, by krzesła – aby mogły istnieć – potrzebują być naświetlane całą noc.

Ach tak! Przecież ciemny biurowiec byłby bardzo smutny, nie zgrywałby się z wizerunkiem firmy i jej polityką family firendly.

Ktoś zakrzyknie: „Ale złodzieje! Światło jest potrzebne!”. Proszę bardzo – wchodzisz na internetowy bazarek, wpisujesz „monitoring z noktowizorem” i już po chwili masz rozwiązanie problemu.

Nocna zmiana manekina

Dostęp do ubrań to bez wątpienia zaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb każdego człowieka. Można jedynie zadać pytanie, czy klienci muszą robić zakupy nocą? Wiele sklepów już na nie odpowiedziało, wszakże ich godzina zamknięcia przypada często na 21:00 lub jeszcze wcześniej.

Skoro zatem nie spodziewają się klientów, to czemu manekiny na wystawie są widoczne z daleka nawet wtedy, gdy słońce już dawno zajdzie za horyzont? Cóż te kukły robią? Pobierają prąd? Cierpią na nyktofobię? Jedno jest pewne – są najlepszym pracownikami placówki handlowej. Nie pytają o nadgodziny, nie biorą urlopu, nie idą na przerwę. Tylko po co to światło?

Podobnie działa salon samochodowy. Dziesięć aut stoi w środku pod idealnie ustawionymi lampami. Szkoda tylko, że przez najbliższe osiem godzin nie przyjdzie żaden klient, by zapytać o leasing.

W Gdańsku czy Poznaniu jesienią powraca problem dzików. Wychodzą one z lasów i szperają w śmietnikach, a doniesienia medialne z ostatnich lat mówią o tym, że te zwierzęta nie poprzestają jedynie na przedmieściach, lecz buszują coraz bliżej centrum. Może więc najnowsza marka auta z podgrzewanym siedzeniem zainteresuje właśnie dzika? Prowadzi on nocny tryb życia, więc oferta widoczna o 1:00 na pewno go zainteresuje. W końcu idzie zima.

Rozproszyliśmy mroki, czy zabiliśmy noc?

Odkąd człowiek okiełznał ogień, wraz z postępem cywilizacyjnym stopniowo coraz bardziej rozpraszał nocne mroki. Aż wreszcie, w tzw. współczesności pojawiły się na ten temat badania i analizy.

Raport Light Pollution Think Tank pokazał, że nocne niebo nad Polską jest wyraźnie jaśniejsze niż naturalne, a w większych miastach zjawisko to przybiera szczególnie dużą skalę. W Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu i Poznaniu na znacznych obszarach prawdziwa ciemność praktycznie nie występuje.

Nasz prapradziadek sprzed 20 tys. lat bał się ciemności. My w końcu ją zabiliśmy (to dla ciebie, dziaduniu!). Dziś jednak nie potrzebujemy pochodni czy żarówki Edisona. Naszą bronią w walce z nocą jest ekran LED z reklamą środka przeczyszczającego.

Tak tylko warto przy tym przypomnieć, że ofiarami pośrednimi stały się nasz zegar biologiczny oraz naturalny rytm dobowy.

Droga Mleczna 0, miasto widmo 1

Istnieje jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Bo tak jak od wieków człowiek starał się opanować mrok, tak samo spoglądał w gwiazdy.

Niekiedy przyjmowało to wymiar naukowy. Astronomowie badali ruch ciał niebieskich, dokonywali obliczeń i na tej podstawie sporządzali opis kosmosu. Ale nawet jeśli ktoś nie jest tego typu badaczem, to może patrzeć w gwiazdy z pobudek czysto romantycznych. No właśnie – czy może?

Mieszkańcy dużych miast praktycznie przestali widzieć nocą Drogę Mleczną. Nic nie da wyjście z bloku na zewnątrz, bo tam już świeci im parking. Reflektor, który jest skierowany na elewację, co prawda spełnia swoje zadanie, ale jednocześnie połowę światła emituje w chmury. Galaktyka przegrała z technologią LED.

Wszystko prędzej czy później sprowadza się do faktury

Świecące miasto widomo nie jest darmową atrakcją. Każda pusta witryna, każde rozświetlone piętro biurowca, każdy ekran LED pokazujący reklamę gołębiom i każda iluminacja pracująca jeszcze przez długie godziny po zniknięciu ludzi wystawia słony rachunek energetyczny.

Jedna lampa może i nie zużyje zbyt wiele prądu. Tylko, że rozmawiamy o całym mieście, o długich godzinach pracy, pomnożonych jeśli nie przez wszystkie dni w roku, to przez ich znaczną część.

A potem przychodzi faktura, bo energia była kupiona i przesłana, teraz trzeba za nią zapłacić. No tak, firma wrzuci koszt w działalność. Samorząd uwzględni w budżecie. A propos.

Dość ciekawie ogląda się zjawisko, w którym miasto najpierw wydaje publiczne pieniądze na modernizację oświetlenia, żeby ograniczyć zużycie energii, a następnie pozwala świecić wszystkim dookoła tak długo, jakby noc była zbędnym przecinkiem w kalendarzu.

W sezonie zimowym, w przypadku miejsc otwartych do 20:00 – 22:00 oświetlenie noce ma swój sens biznesowy. W końcu trzeba jakoś działać, obsługiwać klientów i gości, a przy okazji można świecić im atrakcyjną reklamą. Ale gdy konsument idzie spać, funkcja światła się kończy. Szkoda tylko, że ta informacja nie dotarła do licznika.

Proza życia czasami dostarczy takiej przykrości, że ktoś skaleczy się w dłoń, np. przy krojeniu warzyw na obiad. Gdyby znajomy codziennie dłubał sobie w tej rance ostrzem noża, zapewne zostałby uznany za wariata. Tymczasem społeczeństwo, które co noc oświetla swoje miasto w bezrozumnym nadmiarze, a potem narzeka na rachunek jest całkiem normalne.


Michał Krajniak

Michał Krajniak

Dziennikarz analityczny, który patrzy na energetykę przez pryzmat polityki i gospodarki. Opisuje wyzwania sektora oraz przygląda się postępującym trendom rynkowym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zmień zgody