Sezon grzewczy rusza. Czy naprawdę potrzebujemy 24 stopni w mieszkaniu?
Jeśli dobrze liczę, do października pozostało 12 dni. Tyle samo dzieli nas więc także od 2 stopni rano i 7 stopni wieczorem. Ale w mieszkaniu niejeden z nas będzie miał dwadzieścia cztery. Przy takiej temperaturze można siedzieć we własnym pokoju tylko w t-shircie i zastanawiać się, czemu rachunek za ogrzewanie jest tak wysoki. Pytanie, czy to jeszcze rzeczywista potrzeba, czy już zbędny komfort?
Grzejniki ruszają. Czy trzeba rozkręcać je na maksa?
W Polsce nie ma jednej, ustawowej daty od której obowiązuje sezon grzewczy. Jednak wiele wspólnot mieszkaniowych czy spółdzielni właśnie w październiku rozpoczyna sezon, w którym pokrętła niemal w każdym mieszkaniu są wprawiane w ruch. I to tylko w jedną stronę, ku najwyższej cyfrze.
To nawet dobrze, że po jednej naprawdę chłodnej nocy i wcale nie przyjemniejszym poranku administracja włączy grzanie. Warto jednak przyjrzeć się temu, co dzieje się potem. Bo niektórzy (znam to z autopsji) potrafią siedzieć przy uchylonym oknie i kaloryferze włączonym na trójkę lub czwórkę.
W amerykańskiej popkulturze motyw wykorzystywania dolarów jako papieru toaletowego jest jednym z symboli przepychu. Może w Polsce takim symbolem będzie ogrzewanie pomieszczenia, które w tym samym czasie się wietrzy?
Kaloryfer vs. bluza
Latem odsłonięte nogi, ręce, brzuchy, plecy i dekolty to norma. Ludzie przyzwyczajają się do tego tak bardzo, że jesienią najchętniej nie zakładaliby bluzy. Znaleźli jednak wyjście z tej sytuacji. Wprawdzie na zewnątrz bluza i to w towarzystwie kurtki staje się koniecznością, ale w domu po co zakładać na siebie coś więcej niż koszulkę?
Ciepłe skarpety, swetry, kalesony to te części garderoby, o których wielu z nas nie chce słyszeć, mimo że rtęć w termometrze z dnia na dzień wskazuje coraz niższą kreskę. I oczywiście w tym miejscu powinny pojawić się głosy oburzenia i linki do artykułów o emerytach, którzy zamarzli we własnych mieszkaniach.
Nie chodzi jednak o to, aby marznąć, ale by sprawdzić, czy gdyby narzucić bluzę na ramiona, a spodnie dresowe naciągnąć na miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, to można by zmniejszyć grzanie z trójki na dwójkę.
Prywatny lipiec w listopadzie
WHO wskazuje 18 st. C jako bezpieczne minimum dla ogółu populacji w chłodniejszych miesiącach. Chociaż dzieci, osoby starsze i chore mogą potrzebować wyższej temperatury. Wcześniejsze wytyczne dot. komfortu w pomieszczeniach mieszkalnych mówiły o przedziale 20-22 st. C.
To są twarde dane, ale prócz tego jest coś jeszcze. Mianowicie subiektywne odczuwanie temperatury. Zależy od wieku, stanu zdrowia, krążenia, a nawet aktywności fizycznej. Dlatego odnoszenie liczb do konkretnych przypadków może okazać się nietrafione.
Ale przecież, jeśli ktoś w negliżu spędza czas w mieszkaniu w listopadzie, to czy rzeczywiście jest mu chłodno? A może należy spytać, czy rzeczywiście musi on odtwarzać u siebie warunki pogodowe z lipca?
Wietrzenie podczas grzania. Głupota czy lenistwo?
Na pierwszy rzut oka otwieranie czy uchylanie okien i pozostawianie ich tak przez godziny wydaje się zachowaniem niezbyt rozsądnym. Jednak zarzut głupoty w dużej części przypadków raczej się nie obroni. Bo czy Polacy nie wiedzą, że takim sposobem ucieka im drogocenne ciepło? Oczywiście, że wiedzą! Przynajmniej w większości.
Problem w tym, że ze zwykłego lenistwa nie robią kilku prostych czynności. Dziadek nie włączał grzejnika rano, tylko najpierw wietrzył pokój przez pół godziny, następnie zamykał okno i dopiero potem brał się za pokrętło. O 17:00 wyłączał grzanie, a kiedy dwie godziny później zrobiło się chłodniej w mieszkaniu, wtedy znów je wietrzył. Na koniec włączał grzejnik i pozostawiał tak do 22:00. Jego wnuczek jest na to zbyt leniwy. Woli raz dziennie przekręcić termostat i niech pracuje.
Warto też popatrzeć na to holistycznie. W bloku jeden lokator lubi 20 stopni, drugi 24, trzeci grzeje non stop, a czwarty w ogóle nie włącza grzejnika, bo ogrzewa się sąsiadami z boku, z góry i z dołu.
Gdy energetyka spotyka socjologię, to najczęściej, niestety, przegrywa.
Ciepło tylko czuć. Rachunek czuć i widać
Ogrzewanie ma tę właściwość, że dość łatwo jest zapomnieć, że ktoś to ciepło musiał wyprodukować. W grzejniku nie widać bowiem płomienia, spalającego się węgla czy drewna. Grzejnik po prostu się nagrzewa i już! Tak jest wygodnie myśleć.
Dopiero po jakimś czasie przychodzi faktura. A na niej widnieje pozycja za centralne ogrzewanie, czyli za ciepło dostarczone do budynku i instalacji. Za wartość kwoty do zapłaty łatwo obwinić dostawcę, państwo czy spółdzielnię. Trudniej się zastanowić nad tym, czy zawsze trzymanie kaloryferów na poziomie 4-5 było potrzebne?
Co mają zrobić zmarzluchy?
Nie można zapominać o tym, że wychłodzone mieszkania rzeczywiście stanowią poważny problem zdrowotny. Jednak nie sposób też nie zauważyć, że pomiędzy faktycznym marznięciem a spędzaniem listopada w krótkim rękawie jest jeszcze całkiem spora przestrzeń do zagospodarowania.
Można zmniejszyć grzanie choć o jeden poziom. Można przynieść sobie bluzę, ciepły koc i dodatkową parę skarpetek albo wyłączać grzanie przynajmniej na czas wietrzenia mieszkania.
Bo tak to już jest z porami roku, że się od siebie różnią. Może nie warto tego na siłę naprawiać.

Michał Krajniak
Dziennikarz analityczny, który patrzy na energetykę przez pryzmat polityki i gospodarki. Opisuje wyzwania sektora oraz przygląda się postępującym trendom rynkowym.
Dodaj komentarz